Byłem wdzięczny Snape’owi, że przekonał McGonagall żebym mógł przyjechać do Hogwartu tydzień wcześniej. Wyjaśnił jej moją sytuację, choć nie musiał, wszyscy już wiedzieli. Matka w depresji, ojciec zginął, a co najważniejsze zginął przeze mnie. Ale o tym wiedziałem tylko ja. Matka myślała, że Voldemort wkurzył się, tak po prostu bez powodu, ale nie wiedziała, że on miał powód. Dyrektor McGonagall oczywiście się zgodziła, ale pod jednym warunkiem. Będę musiał pojechać na peron 9 i 3/4, żeby wszyscy myśleli, że przyjechałem prosto z domu. Przystanąłem na to. Leżałem w łóżku, we własnym dormitorium, bo oczywiście zostałem prefektem naczelnym Slytherinu. Właściwie o niczym nie myślałem, w mojej głowie panowała pustka i cisza. Szybko zasnąłem. Gdy się obudziłem była 7:00, może trochę po. Na peronie miałem być przed 9:00. Poszedłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic. Kiedy wyszedłem z pod niego, owinąłem się ręcznikiem i podszedłem do umywalki. Przemyłem dokładnie twarz, jak tylko skończyłem tą czynność zacząłem układać włosy. Dobra fryzura sama z siebie, się nie zrobi. Po pięciu minutach ulizywania włosów stwierdziłem, że wyglądają na co najmniej 4 z plusem. Wyszedłem z łazienki, i skierowałem się w stronę szafy. Wyjąłem z niej mój rozpoznawalny czarny garnitur. Zakładałem go dość delikatnie, w końcu to był prezent, który dostałem od matki. Dziwiłem się jak ona dobrze mnie zna. Spojrzałem na zegarek, 8:15. Szybko się uwinąłem. Walizki spakowałem wczoraj, tak więc nie miałem już nic do roboty. Zszedłem szybkim krokiem PRZED Hogwart. Cieszyłem się, bo dyrektor pozwoliła mi polecieć miotłą. Nie wiedziałem gdzie mam schować walizki. Trochę mi zajęło zanim zorientowałem się, że McGonagall mówiła, że najlepiej gdzieś z boku miotły. Zrobiłem tak. Poszło całkiem łatwo. Wsiadłem na miotłę i nim się obejrzałem, leciałem nad pięknymi krajobrazami. Po mniej więcej 10 minutach, wiem całkiem szybko, byłem na miejscu. Na peronie było całkiem pusto, ale pociąg już czekał. Nie zastanawiając się wszedłem do niego. Szukałem przedziału, który zajmuję od w sumie to zawsze. Tak, był pusty, ucieszył mnie ten fakt. Zwłaszcza, że w pobliżu nie było żadnej Parkinson, która nie zawracałby mi głowy. Siedziałem tak w ciszy i spokoju, gdy nagle dobiegły mnie jakieś krzyki i śmiechy. No tak, pierwszoroczni, pomyślałem. Zawsze są tacy podekscytowani. Coraz bardziej mnie to wkurzało. Postanowiłem wyjść z przedziału i zobaczyć co konkretnie się dzieje. Miałem rację, banda pierwszoroczniaków bawiła się swoimi różdżkami. Trudno mi było w to uwierzyć, ale też kiedyś taki byłem, więc postanowiłem to zignorować i udawać, że nie słyszę.
[***]
Obudziłam się dosyć wcześnie, o 6:30. Postanowiłam poleżeć i nic nie robić. O niczym nie myśleć. No ale się nie udało. Zastanawiałam się nad tym o czym rodzice rozmawiali. I dlaczego to było takie tajne, że nie wyciągnęli tego tematu przy mnie? Czy oni się kłócą? Może chcą się rozwieść? To by było straszne. Ale nie, nie wyglądali jakby się wściekali na siebie.
-Hermiono, nie myśl o tym.- powiedziałam sama do siebie. Potem nie wiedzieć czemu wybuchłam śmiechem. Czy ja zwariowałam? Nie byłam w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. No bo jaki normalny człowiek wybucha bez powody śmiechem? Wstałam z łóżka, skierowałam się w stronę drzwi. Zeszłam na dół. Rodziców nie było ani w salonie, ani w kuchni. Może jeszcze śpią. Nie może, a na pewno! Jest dopiero 7:00. Podeszłam do stołu, leżały na nim trzy wielkie kanapki. Przecież tyle nie zjem, pomyślałam. Wzięłam tylko jedną. Przeżuwając ją udałam się do łazienki. Spojrzałam w lustro, i nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Włosy miałam, no po prostu kiepskie. Stały mi jak na jakimś żelu. Odłożyłam końcówkę kanapki, która mi została na jakąś półkę. Wzięłam szczotkę no i się zaczęło. Nie mogłam ich rozczesać przez jakieś 10 minut. Co było dziwne, bo zazwyczaj nie miałam z tym problemu. Okej, byłam w miarę ogarnięta. Zobaczyłam, że na jednej z półek leżą kosmetyki mamy, kusiły, ale nie. Nie użyłam ich. Przecież Ginny ma własne, możemy się pomalować w pociągu, albo w Hogwarcie. Poszłam na górę do swojego pokoju. Wywaliłam na łóżko całą masę ciuchów. Z pośród tych wszystkich ubrań wybrałam jasne dżinsy i jakiś czerwony T-shirt. Sprawdziłam czy aby na pewno wszystko spakowałam do kufra. Tak było wszystko. Zostawiłam rodzicom karteczkę, że już wyszłam, żeby się nie martwili, że przecież znam drogę na King Kross. Kiedy tylko odłożyłam ją na stół, wybiegłam z domu..
[***]
Na na na, drugi rozdział. Wydaje mi się, że jest dłuższy, ale równie kiepski co poprzedni :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz