Pewnie jest wściekła, ale co innego miałem zrobić.
No nie wiem, Draco.. może tak w ogóle nic jej nie pisać?
Zignorowałem moje "drugie ja" i położyłem się.
Na sen nie musiałem długo czekać. Już po chwili byłem w pięknej krainie, oddalonej tysiące mil od Hogwartu.
Kiedy obudziłem się rano, pierwsza myśl padła na Hermione. Znaczy się Granger. Będę musiał złapać ją jutro po eliksirach i przeprosić. To będzie niezręczne, chociaż z drugiej strony śmieszne. Obym nie stchórzył.
-Jak Ci się spało, Dracusiu? -spytał Blaise podczas śniadania.
-Naprawdę się cieszę, że między nami jest ok, ale zamknij się. - powiedziałem. Irytowało mnie to "Dracusiu", ale przyzwyczajałem się.
-Widzę, że ktoś tu wstał nogą lewą, lewą nogą..
-Żebyś wiedział. - westchnąłem.
-O co chodzi?- spytał, gryząc tosta.
-Błagam Cię Blaise, nie mów z ustami pełnymi jedzenia. - zaśmiał się.
-Oj, Draco, Draco, Draco!- on.. śpiewał, i to całkiem głośno. Wszyscy w Wielkiej Sali zaczęli się na nas gapić.
-Dracooooooo! - wyśpiewał operowym głosem.
-Co ty brałeś? - spytałem.
-Ja? Nic, Dracooo! -zarechotał.
-Ta, jasne akurat Ci uwierzę.
-Dobra, napiłem się trochę Ognistej, wielkie haaalo!
Oczy wszystkich ponownie zwróciły się na nas, chociaż wątpię czy w ogóle przestali nas obserwować. Zerknąłem na stół Gryfonów, Granger gapiła się na Zabiniego. Spojrzała na mnie pytająco, w odpowiedzi wzruszyłem tylko ramionami.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że Blaise próbuje wspiąć się na stół. Złapałem go za koszulę i wyprowadziłem z Wielkiej Sali.
Usłyszałem czyjeś kroki, odwróciłem się.
-Co mu jest? - spytała zaniepokojona Granger.
-Wypił o jakiś litr Ognistej za dużo.
-Pozwoliłeś mu na to?
-To niby moja wina? - oburzyłem się.
-Nie wiem, nie było mnie z nim!
-Mnie też nie. - warknąłem.
-Ugh, myślałam, że byłeś. Przepraszam.
-Za dużo myślisz. - powiedziałem. - i ja też przepraszam.
-Co? Za co? - spytała.
-Za to co powiedziałem Rudzielcowi. Nie wiem po co to zrobiłem.
-Aa, to. Później o tym pogadamy. Zajmijmy się lepiej Blaise'em.
-A, tak, racja.
Zanieśliśmy go do dormitorium i podaliśmy jakiś eliksir na sen. Już po chwili zasnął.
Usiedliśmy na kanapie. My, czyli ja i Granger. Panowała dość krępująca cisza.
-Em, chyba Ci wybaczam. - zaśmiała się nagle Gryfonka.
-Co?
-No wybaczam Ci. Na pewno nie wziął tego na poważnie. Ty i ja.. to śmieszne. - znowu się zaśmiała.
-Wiem.. powiedziałem mu to bo chciałem go zdenerwować.
-I co podziałało?
-Zrobił się strasznie czerwony, więc chyba tak. - uśmiechnąłem się. Granger zaczęła się śmiać, nie wiedziałem co zrobić, więc dołączyłem do niej.
-To dziwne. - powiedziała kiedy już się "ogarneliśmy."
-Ale co?- spytałem.
-Ty i ja, śmiejemy się, RAZEM z Rona.
-W sumie.. - faktycznie to było dość nietypowe. - Jak sobie z tym radzisz? - zapytałem jak jakiś terapeuta.
-Ale z czym?
-Z tym, że Twój przyjaciel się od Ciebie odwrócił.
-Nie wiem. A ty jakbyś się czuł gdyby to Blaise odwrócił się od Ciebie?
-Nie mam zielonego pojęcia.
-Nie przetrwałbyś nawet tygodnia. - uśmiechnęła się.
-Chyba on beze mnie.
-Może.
-Granger, nie powinnaś już wracać? Co sobie ludzie wymyślą. - powiedziałem kpiąco.
-Mam to gdzieś, ale skoro mnie wyganiasz. - zrobiła smutną minę.
-Nie wyganiam Cię. Nawet przez chwilę myślałem czy by Ci nie zaproponować Ognistej, ale nie wiem czy Twoja głowa by to wytrzymała.
-Pff, piłam już ją wiele razy. - powiedziała niezbyt przekonująco.
Uniosłem brwi.
-No dobra, nigdy jej nie piłam, ale zawsze chciałam. - wystawiła język.
-Nie dostaniesz.
-Ponieważ?
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Granger? Nie wytrzymasz tego.
-Wytrzymałam jak mnie całowałeś, to i wytrzymam jak napiję się trochę Whisky.
-To był cios poniżej pasa. - wykonała triumfujący gest ręką. - Nie ciesz się tak. Ognistej i tak nie będzie.
-Niech Ci będzie.
-Grzeczna Granger. - zaśmiałem się.
Dopiero teraz zauważyłem jak blisko siebie jesteśmy. Chciałem ją pocałować. Nie, nie chciałem!
A właśnie, że chciałem i to bardzo. Powoli się do niej zbliżałem.. ale w ostatniej chwili się powstrzymałem. Na szczęście.
-Kiedy eliksir przestanie działać? - spytała nagle Her..Granger.
-Nie wiem, może za jakieś trzy godziny.
-Nie będę przecież tyle tu siedzieć. Pójdę już.
-Ale wiesz, że nie musisz?- uśmiechnąłem się.